Skip to main content

© BizNews. Wszelkie prawa zastrzeżone


Żółty przewodnik kulinarny wraca do Polski. Jacek Krawczyk: gastronomia dojrzała do światowego poziomu

Jacek Krawczyk
fot. Jacek Krawczyk
 |  Artykuł partnera  |  Informacje prasowe

Po pięciu latach przerwy do Polski wraca jeden z najważniejszych przewodników kulinarnych świata – Gault&Millau. Na czele jego polskiej wersji stanął Jacek Krawczyk, od ponad 30 lat obecny w gastronomii, organizator konkursu Bocuse d’Or, Grand Dinners czy Trophée Mille.

Po kilku latach przerwy żółty przewodnik Gault&Millau wraca do Polski. Co sprawiło, że zdecydował się Pan na ten projekt?

Powrót Gault&Millau do Polski to nie tylko kwestia mojego osobistego wyboru, ale odpowiedź na realne zapotrzebowanie całej branży. Przez te pięć lat nie było narzędzia, które w sposób niezależny i profesjonalny pokazywało, gdzie naprawdę warto pójść, by doświadczyć kuchni na najwyższym poziomie. W tym czasie polska gastronomia nie stała w miejscu, przeciwnie, rozwijała się, dojrzewała, a nasi szefowie kuchni zaczęli coraz śmielej eksperymentować, sięgać po produkty regionalne i odważnie budować własny styl. Dla mnie było oczywiste, że taki przewodnik musi wrócić, bo restauracje potrzebują motywacji i punktu odniesienia, a goście - rzetelnej rekomendacji.

Drugim powodem były moje osobiste doświadczenia. Od ponad trzech dekad jestem związany z gastronomią i widzę ją z wielu perspektyw, pracowałem w hotelach i restauracjach, organizowałem konkursy na światowym poziomie, zapraszałem do Polski największych szefów kuchni, prowadziłem projekty edukacyjne dla młodych adeptów zawodu. To wszystko dało mi przekonanie, że mogę wziąć na siebie odpowiedzialność za polską edycję Gault&Millau. Również dlatego, że wierzę w ogromny potencjał polskiej sceny kulinarnej.

Nie bez znaczenia jest też filozofia samego przewodnika, który dociera do małych miasteczek i odkrywa miejsca, które w innych warunkach nie miałyby szansy przebić się do szerokiej świadomości. Dla mnie to szczególnie ważne, bo kulinarne perełki kryją się w najmniej oczywistych miejscach, w małych portach, w rodzinnych karczmach, w lokalach, które bazują na tradycji i sezonowych produktach. Przywrócenie przewodnika do Polski oznacza więc pokazanie całego spektrum, od ekskluzywnego fine diningu w Warszawie po niepozorne, a genialne knajpki w małych miejscowościach.

Jak wygląda proces wyboru restauracji? Czy można się do przewodnika zgłosić? jak działają inspektorzy?

To jedno z pytań, które słyszę najczęściej od restauratorów. „Co muszę zrobić, żeby znaleźć się w przewodniku?”. Odpowiedź jest prosta i dla wielu zaskakująca - absolutnie nic. Udział w Gault&Millaunie jest czymś, co można sobie kupić czy załatwić znajomościami. Nasz przewodnik od początku do końca opiera się na niezależności. To jest fundament jego wiarygodności i zarazem powód, dla którego marka ta od ponad sześćdziesięciu lat cieszy się takim prestiżem.

Inspektorzy, którzy pracują dla polskiej edycji, działają anonimowo. Nie zapowiadają wizyty, nie proszą o specjalne traktowanie, nie dają się rozpoznać. Płacą za rachunek jak zwykli goście i oceniają całość doświadczenia, od pierwszego powitania przy wejściu, przez obsługę, kartę win, atmosferę, aż po to, co ląduje na talerzu. Restauracja musi zebrać minimum 10,5 punktu, żeby zostać rekomendowaną. Od 11 punktów zaczyna się skala czapek, które są naszym znakiem jakości - od jednej do pięciu. To są międzynarodowe standardy, więc jeśli polska restauracja zdobywa dwie czy trzy czapki, to znaczy, że jest oceniana według tego samego klucza, co jej odpowiedniczka w Paryżu czy w Wiedniu.

Oczywiście restauracje mogą do nas pisać i zapraszać, i wiele z nich to robi. Ale decyzja o wizycie zawsze należy do inspektorów. Pomaga w tym nasze doświadczenie, ja sam rocznie odwiedzam ponad 150 lokali, od lat śledzę rynek i rozmawiam z szefami kuchni. Do tego dochodzą sygnały z mediów społecznościowych, publikacje, polecenia ludzi z branży. Nasi inspektorzy to nie są przypadkowi smakosze. To osoby przeszkolone, które rozumieją historię polskiej kuchni i jej tradycje. Dzięki temu, kiedy trafiają na żurek, wiedzą, że kwaśny smak nie jest błędem, ale cechą charakterystyczną potrawy. Gdy widzą śledzia z surową cebulą, nie traktują tego jako błąd, ale jako element naszej kultury kulinarnej. Zagraniczny recenzent mógłby uznać takie danie za źle przygotowane. My patrzymy na to inaczej - w kontekście i z pełnym zrozumieniem. Oceny Gault&Millau są nie tylko obiektywne, ale i zakorzenione w polskiej tradycji.

Krótko mówiąc, aby dostać się do przewodnika, trzeba codziennie robić świetną robotę. Jeśli restauracja jest dobra, prędzej czy później znajdzie się na radarze naszych inspektorów. A kiedy już się tam znajdzie, ocena będzie w stu procentach niezależna i uczciwa.

W pierwszej edycji ma się znaleźć około 200 lokali. Skąd decyzja, by postawić na jakość, a nie ilość?

Od samego początku było dla mnie jasne, że pierwsza edycja przewodnika nie może być katalogiem wszystkiego, co istnieje. W Polsce działa dziś ponad dziesięć tysięcy restauracji. Gdybyśmy próbowali opisać jak najwięcej z nich, szybko stracilibyśmy wiarygodność. Celem Gault&Millau jest selekcja - wskazanie tych adresów, które naprawdę wyróżniają się jakością. Dlatego w pierwszej edycji zdecydowaliśmy się na około trzysta restauracji. To niewielka liczba, ale dzięki temu każdy, kto się tam znajdzie, będzie wiedział, że trafił do grona naprawdę najlepszych.

Ta decyzja ma też wymiar motywacyjny. Restauracje, które się zakwalifikują, otrzymują bardzo wyraźny sygnał, jesteście w czołówce, ale musicie utrzymać poziom, bo inspektorzy co roku wracają i oceniają na nowo. Z kolei te, które się nie znalazły w przewodniku, mają powód by podnieść standard obsługi, lepiej dopracować kartę win, postawić na sezonowość produktów.

Premiera przewodnika odbędzie się podczas gali Best Awards w styczniu 2026. Czym Wasze podejście różni się od większości branżowych plebiscytów?

Premiera przewodnika będzie wydarzeniem wyjątkowym nie tylko dlatego, że po kilku latach przerwy wracamy na polski rynek, ale również dlatego, że od początku postanowiliśmy nadać jej bardziej sprawiedliwy charakter. Gala Best Awards ma być nie tylko świętem kucharzy, ale też okazją do docenienia tych osób, które zwykle pozostają w cieniu, choć bez nich żadna restauracja nie mogłaby funkcjonować.

Dlatego oczywiście przyznamy nagrody w najbardziej prestiżowych kategoriach, jak Szef Kuchni RokuczyRestauracja Roku, ale nie zatrzymujemy się na tym. Przewidzieliśmy także wyróżnienia dla cukiernika roku, sommeliera roku czy nawet menedżera roku. Zależy nam, by pokazać, że gastronomia to praca zespołowa, w której każdy element ma znaczenie. Szef kuchni może wymyślać spektakularne dania, ale jeśli obsługa zawiedzie, jeśli sommelier źle dobierze wino, jeśli menedżer nie zadba o spójny koncept, to całe doświadczenie kulinarne traci na wartości. Dlatego chcemy przełamać ten schemat. Nagroda nie może zawsze trafiać tylko do jednej osoby.

Mamy też kategorię specjalną - Grande Chef. To wyróżnienie dla tych, którzy przez dekady kształtowali polską gastronomię, szkolili kolejne pokolenia kucharzy i menedżerów, a swoją pracą budowali fundamenty, na których dziś możemy się rozwijać. Dla mnie to szczególnie ważne, bo pamiętam, jak dwadzieścia czy trzydzieści lat temu możliwości były nieporównywalnie mniejsze, a mimo to powstawały miejsca i kariery, które dziś inspirują. Uhonorowanie takich osób to nasz obowiązek wobec historii polskiej gastronomii. W skrócie, nie celebrujemy jedynie gwiazd, ale cały zespół i całą branżę. To jest nasz znak rozpoznawczy i coś, co wyróżni naszą galę spośród wielu innych wydarzeń kulinarnych w Polsce.

Od lat jest Pan obecny na polskiej scenie gastronomicznej, organizuje Pan konkurs Bocuse d’Or, Grand Dinners, a teraz także konkurs dla szkół gastronomicznych Trophée Mille. Jak te doświadczenia wpłynęły na Pana decyzję o sprowadzeniu Gault&Millau do Polski?

Patrząc wstecz na te trzy dekady mojej obecności w gastronomii, widzę, że każdy projekt, którego się podejmowałem, prowadził mnie w stronę tego, by w pewnym momencie podjąć się roli ambasadora takiej marki jak Gault&Millau. Bocuse d’Or, Grand Dinners czy Trophée Mille to przedsięwzięcia o różnej skali, ale wszystkie łączyło jedno, pragnienie, by polska gastronomia była traktowana poważnie, byśmy mogli się porównywać i konkurować na poziomie międzynarodowym.

Kiedy organizuję polską edycję Bocuse d’Or, mam okazję obserwować z bliska, jak wyglądają światowe standardy w kuchni. To konkurs numer jeden dla profesjonalnych szefów, miejsce, gdzie spotykają się trzygwiazdkowi kucharze i gdzie Polska może pokazać swoje możliwości. To daje niesamowitą perspektywę, widzi się, jak bardzo liczy się konsekwencja, dyscyplina i dbałość o szczegóły. Tego samego wymaga Gault&Millau. Więc naturalnie te dwa światy się uzupełniają.

Grand Dinners z kolei były dla mnie lekcją, jak budować prestiż wokół jedzenia. Kameralne kolacje z udziałem szefów kuchni z najwyższej półki pokazały mi, że kulinaria mogą być doświadczeniem artystycznym i społecznym zarazem. To nie jest tylko zaspokajanie głodu, ale teatr, spotkanie, przeżycie. Właśnie takie doświadczenia chcę przekazywać dalej i przewodnik daje do tego świetne narzędzie.

A Trophée Mille? To trochę inna historia, bo tu chodzi o edukację i przyszłość. Widziałem, jak młodzi ludzie z polskich szkół gastronomicznych rywalizują z rówieśnikami z całego świata. Często bez wielkich środków, ale z ogromną pasją. To było dla mnie sygnałem, że musimy im dawać platformy, inspiracje i wzorce. Jeśli młody kucharz zobaczy, że jego lokalna restauracja znalazła się w Gault&Millau, to dostaje sygnał, można odnieść sukces tutaj, w Polsce, bez konieczności wyjazdu za granicę.

Dlatego sprowadzenie przewodnika było dla mnie czymś naturalnym. Z jednej strony, miałem już kontakty i doświadczenie, które pozwalały mi w ogóle podjąć się takiego zadania. Z drugiej, czułem, że polska gastronomia dojrzewa, że jest gotowa, by mierzyć się z międzynarodowymi standardami i że ktoś powinien to uczciwie i profesjonalnie opisać. Gault&Millau daje nam tę możliwość, możemy pokazać światu, że Polska ma nie tylko tradycję kulinarną, ale też nowoczesne restauracje, które potrafią przekraczać granice wyobraźni kulinarnej.

Często powtarza Pan, że restauracja to coś więcej niż jedzenie, że to „teatr kulinarny”, „przekraczanie barier kulinarnej wyobraźni” czy nawet „wejście na kulinarne K2”. Co kryje się za tymi metaforami?

Dla mnie restauracja nigdy nie była tylko miejscem, gdzie zaspokajamy głód. Gdyby chodziło wyłącznie o to, każdy z nas mógłby zamówić coś do domu albo otworzyć lodówkę i wyjąć gotowe danie. Restauracja jest doświadczeniem, i to doświadczeniem, które angażuje wszystkie zmysły. Kiedy mówię o „teatrze kulinarnym”, mam na myśli właśnie ten spektakl, który rozgrywa się od momentu, gdy przekraczamy próg lokalu, aż do chwili, gdy wychodzimy. Liczy się nie tylko to, co jest na talerzu, ale także atmosfera, obsługa, sposób podania, dźwięki i rytuały, jakie towarzyszą posiłkowi. To jest teatr, w którym kuchnia, sala i goście grają swoje role.

„Przekraczanie barier wyobraźni” to z kolei odniesienie do pracy szefów kuchni. Najlepsi z nich potrafią z trzech czy czterech prostych produktów stworzyć coś, co absolutnie nas zaskakuje. Pamiętam, jak podczas jednej z moich podróży we Francji dostałem na deser sorbet z szampana z kawiorem. Wydawało się to połączeniem zupełnie nieoczywistym, wręcz ekstrawaganckim, a jednak każdy kęs był olśnieniem. To jest właśnie to przekraczanie granic, kiedy nasze przyzwyczajenia kulinarne zostają podważone i nagle okazuje się, że można inaczej, lepiej, ciekawiej.

A „wejście na kulinarne K2” to moja osobista metafora momentów absolutnego spełnienia kulinarnego. W górach zdobycie ośmiotysięcznika to nie jest codzienność, to coś, co zostaje w pamięci na całe życie. Podobnie jest z restauracjami, większość wizyt jest dobra albo poprawna, ale raz na jakiś czas trafiamy na doświadczenie tak wyjątkowe, że zostaje z nami na zawsze. To może być fine dining na światowym poziomie, ale równie dobrze mała restauracja w polskim miasteczku, gdzie ktoś z pasją przyrządza lokalne ryby czy sery. W obu przypadkach czujemy, że uczestniczymy w czymś większym niż zwykły posiłek.

Chcę przez to powiedzieć, że restauracje mają potencjał, by wzbogacać nasze życie. Uczą nas cierpliwości, otwartości na nowe smaki, dają okazję do spotkań i celebracji. W świecie, w którym żyjemy coraz szybciej, takie momenty stają się bezcenne. Dlatego tak często używam tych metafor, bo gastronomia naprawdę zasługuje na to, by mówić o niej językiem emocji, a nie tylko kalkulatorem kalorii czy cen.

W swoich wypowiedziach chętnie podkreśla Pan, że Polska ma się czym chwalić, regionalne produkty, tradycje, kuchnia. Czy możemy powiedzieć, że nasza gastronomia dojrzała do światowego poziomu?

Bez wahania mogę powiedzieć, tak, polska gastronomia dojrzała do tego, by być częścią światowej sceny kulinarnej. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, wybór był skromny, a w Warszawie mieliśmy zaledwie kilka hoteli, które w ogóle mogły uchodzić za prestiżowe. Dziś to zupełnie inny kraj. Mamy nowoczesne restauracje, które śmiało konkurują z najlepszymi adresami w Europie, a co ważniejsze, mamy świadomość własnej tradycji i produktów, które czynią naszą kuchnię wyjątkową.

Warto pamiętać, że Polska to kraj niezwykle bogaty pod względem kulinarnym. Mamy morze, jeziora, góry, lasy, to daje dostęp do ogromnej różnorodności składników. Ryby słodkowodne i morskie, grzyby, dziczyzna, sery regionalne, to są skarby, których nie musimy szukać za granicą. Do tego dochodzi tradycja, która sięga jeszcze czasów królowej Bony czy Kazimierza Wielkiego. Wielu szefów kuchni odtwarza dziś historyczne przepisy, pokazując, że polska kuchnia ma głębokie korzenie i nie ustępuje innym pod względem różnorodności.

Dojrzałość gastronomii mierzy się jednak nie tylko produktami, ale i świadomością gości. Polacy stali się znacznie bardziej wymagający. Podróżujemy, poznajemy kuchnie świata, a potem oczekujemy podobnej jakości w kraju. I to działa jak naturalny mechanizm nacisku na restauratorów. Nie da się już sprzedać mrożonej ryby jako świeżej czy zaserwować niedopracowanego dania, bo goście od razu to zauważą. To wymusiło podniesienie jakości w całym sektorze. Oczywiście pandemia ten rozwój wyhamowała, ale nie zatrzymała. Widzimy dziś, że restauracje wracają do poziomu sprzed 2020 roku, a niektóre wychodzą z tej próby jeszcze silniejsze. Fine dining ma się dobrze, casual dining i comfort food rosną w siłę, a równocześnie pojawiają się coraz ciekawsze projekty street foodowe. To pokazuje, że polska gastronomia jest nie tylko dojrzała, ale też różnorodna i dynamiczna.

Kiedy rozmawiam z moimi przyjaciółmi - szefami kuchni z Francji, Włoch czy Hiszpanii, i widzę, że wprowadzają do swoich restauracji nasze produkty, jak polską dziczyznę, sery czy nalewki, to wiem, że nie mamy się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie, mamy powód do dumy. Polska kuchnia jest coraz lepiej rozpoznawalna, a dzięki przewodnikom takim jak Gault&Millau możemy tę świadomość jeszcze bardziej wzmacniać.